Alchemik i obsydianowe królestwo Kate


Przestań już do kurwy nędzy!
- Powtarzam ci po raz któryś... tak ci się tylko wydaje. To nie jest tego warte. Dobrze wiesz, że jesteś stworzony do wielkich rzeczy, przecież tego pragniesz...
- Powiedziałem już, zamilknij!
- W końcu esencja ze zwierząt przestanie wystarczać a ty zgnijesz w tym starczym ciele... Projekt należy ukończyć.
- Wiem o tym dobrze... Stąpał ostrożnie by nie pobrudzić szat krwią. Miał mętlik w głowie. Szybkim ruchem otworzył klatkę i wyszarpał z niej na wpół przytomną młodą sarnę. Połamał jej uprzednio kończyny więc wystarczyło ją pchać po kamiennej posadzce dopóki nie wpadła do zbiornika.
Zabulgotało.
Marco podkręcił temperaturę i usiadł na krześle tuż przy skraplaczu, zakładając uprzednio  okulary. Nie czekał zbyt długo. Esencja z utopionego zwierzęcia powolnie przemieszczała się przez komorę chłodniczą, zaklętą życzeniem izolacji oraz szczelnie opasaną jedwabiem przetykanym złotem i srebrem. Ospale zmierzała w kierunku ujścia. Marco zaś zręcznym ruchem uchwycił nikłe światło w obsydianowy sześcian, lakując go zaklęciem. Szepcząc je uśmiechał się sam do swoich myśli: "Ora et labora Marco".
Nastał chłodny świt. Marco, nie czuł się najlepiej tego poranka.
Miał pociągłą, szarą twarz o kanciastych rysach, brązowych oczach i gęstych włosach, przypruszonych mocno siwizną, a także postawną sylwetkę i silne ciało, jednak dzisiaj ta witalność ulatywała jakby z każdego otworu w jego skórze. Czuł, że praca nad kamieniem go wykańcza ale przecież nie mógł zrobić tego o co mu nakazano... po prostu nie. Nie był mordercą. Nie uczyniłby tego samego z człowiekiem co był zmuszony czynić ze zwierzętami...
Wstał by wziąć prysznic i spakować potrzebny sprzęt na kolejne łowy w lesie...
***
Od samego rana czuła, że dzisiejszy dzień przyniesie nieoczekiwane zmiany. Ubrała sandały oraz sukienkę w kolorze indygo. Miała wrażenie, że pierwszy raz od wielu, wielu dni jest naprawdę szczęśliwa. Od kiedy wyszła z depresji jej życie jakościowo totalnie się zmieniło. Nabrało pędu i rumieńców. Cieszyła się, że ten przykry etap ma już za sobą. Wzięła tylko małą torebkę i wyszła sprawdzając trzy razy czy drzwi aby na pewno są zamknięte.
Chciała odwiedzić dziś swoje ulubione miejsce, do którego często przychodziła gdy dopadała ją szarość dnia codziennego, po to by zażyć nieco spokoju, oczyścić umysł, uspokoić emocje.
Po chwili dotarła na miejsce wielkiej, starej sosny. Obok znajdował się kamień, na którym zazwyczaj siadała, mając świetny widok na młody las. Upajała się zapachem. Dziś - jak planowała - to ostatnia wizyta tutaj. Pożegnanie.
Nagle usłyszała coś w krzakach. To ją wyrwało z transu, uważała jednak, że prawdopodobnie jakieś małe zwierzę przemieszcza się gdzieś nieopodal. Po chwili z krzaków wyłoniła się postać mężczyzny, Katharine zerwała się z kamienia i w tym samym czasie jej stopa niefortunnie stanęła na jednej z gałęzi wśród ściółki. Straciła równowagę, jej długie, płomiennie rude włosy zawirowały w powietrzu, upadła miękko.
Marco nie spieszył z pomocą, obserwował... dokładnie tak jak kilkanaście lat temu. Jedynie obserwował.
Katherine wstała pospiesznie, otrzepała swoją sukienkę i poprawiła włosy. Marco dostrzegł jak bardzo piegowate i blade są jej policzki. Jej oczy na ich tle wyglądały jak dwa ogromne szmaragdy. Wiedział, że ma w sobie coś, coś niezwykłego ale nie był w stanie tego sprecyzować. Momentalnie poczuł do siebie wstręt za tego typu uczucia i rzucił nienawistnie:
- Wszędzie gdzie przychodzisz musisz robić zamieszanie?
- Słucham? zapytała zdziwiona wyjmując liście dębu z czerwonego stosu włosów.
- Szukasz spokoju a nosisz ze sobą chaos. Kate stanęła jak wryta i chwilę przypatrywała się dziwnemu przybyszowi.
- O czym Ty w ogóle... wiesz co, ja już pójdę. Nerwowo złapała za swoją torebkę i odwróciła się napięcie. Marco nie próbował zmniejszać dystansu, wręcz czuł ulgę gdy się oddalała. Krzyknął tylko na odchodne:
- Idź. Myślę, że Twój psycholog słabo zna się na swoim fachu. Nie czekała. Czerwona energia zalała ją od stóp do głów:
- Co ty sobie wyobrażasz człowieku? Zazwyczaj tak podtrzymujesz rozmowę? I ile dziewczyn już na to poszło? A w ogóle skąd mnie znasz?
- Mogłabyś przestać krzyczeć? I zostań tam gdzie stoisz.
- Żartujesz sobie ze mnie? Pytam skąd mnie znasz? Śledzisz mnie?
- Nie znam cię i chyba bym nie chciał. To, że jesteś rozchwiana emocjonalnie widać od razu, a że łatwo wpadasz w furię i tracisz przez to najbliższe sobie osoby również nie trudno wywnioskować. - Kate przyglądała mu się z dziwnym wyrazem twarzy, nie zwracał na nią uwagi, kontynuował - Terapia, na którą chodziłaś nauczyła cię jedynie tłumić to co powinno się wydostać i trwale cię opuścić. Przez gniew stajesz się słaba i ohydna. Marnujesz tylko swój potencjał.
- Kim ty jesteś? Kolejnym dupkiem, który naczytał się pierdół na temat zimnego odczytu? Czego chcesz, imponować?
- Czy ten dupek na bazie zimnego odczytu byłby w stanie określić, że chodzisz już rok na terapie, która nadal nic ci nie dała...?
- Nic mi nie dała?! Nie masz o mnie pojęcia człowieku! Na tym zakończymy tę dziwną konwersację. - rzuciła z zamiarem opuszczenia Marco z jego absurdalnymi wywodami. Szła szybko, nie oglądając się za siebie. Gdy zeszła z polnej ścieżki na żwir, zaczęła biec. Nim dotarła do domu, gniew w większości już z niej uleciał.
***
Zgrzyt i trzask. "Te stare drzwi kiedyś trzeba będzie naprawić" pomyślał Marco. Zeszedł w dół po schodach, niosąc na plecach swoją zdobycz, z każdym krokiem ciążyła mu coraz bardziej. Pewnym ruchem wrzucił nieprzytomną młodą sarnę do klatki.
- Jesteś powtarzalny Marco... ten głos tak bardzo frustrował ale mimo wszystko czuł ulgę i wdzięczność, że mógł go słyszeć. Tylko on, sam jeden. Wybrany.
- Jak już wspomniałem robię co mogę.
- Mogłeś o wiele więcej dzisiaj. Tamta młoda sarna byłaby co prawda nieco cięższa... Ale myślę, że nic nie stoi na przeszkodzie by przyszła tutaj dobrowolnie.
- O czym Ty mówisz?
- O Katharine rzecz jasna.
- Nie proś mnie o to, przecież wiesz, że - zawahał się - nie... nie zrobię tego z człowiekiem.
- Już to robisz...
- Słucham?
- Powolnie zabijasz siebie, każdego dnia, każdej nocy. 24 godziny, przez 7 dni w tygodniu.
- To nie to samo...
- Jak to się stało, że ktoś z tak górnolotnym marzeniem swoje życie stawia poniżej innych? Zawodzisz mnie Marco.
- Proszę przestań, ja... nie jestem mordercą.
- A czym jest morderstwo? Głos kamienia pulsował w jego głowie niczym uciążliwa migrena. Czy wszystkich, którzy zabijają by przetrwać, okrzykniesz tym mianem? Czym sobie zasłużyli na to? Tym, że z szacunkiem podchodzą do swojego życia, znają jego wartość?
- Ja znam wartość życia, dlatego nie zabiję!
- Znasz wartość życia, więc wiesz, że za wszystkimi formami na Ziemi stoi jedna siła, jedna inteligencja, jedna potęga, która ożywia całą materię. Czy to zwierzę, czy człowiek - czemu je rozróżniasz?
- Człowiek jest rozumny, posiada emocje - to go rozróżnia od zwierzęcia!
- Marco, Marco - usłyszał ironiczny śmiech - przecież nie każe ci zabić wtajemniczonego, którego egzystencja jest błogosławieństwem dla tego zgniłego świata. W istocie ta kobieta przez swoją ignorancję i ograniczenia jest zamknięta na ewolucję!  Odbierzesz jej życie jedynie fizycznie, zaledwie jeden krótki epizod w całym cyklu, a zobacz ile jej w ten sposób ofiarujesz. Podarujesz jej zdolność ewoluowania oraz rozwoju, pomyśl co będziesz mógł dać jej i wielu innym gdy już ukończysz wielkie dzieło. Cel twojego jestestwa.
Gdzieś podświadomie wiedział, że rozwiązanie przedstawione mu przez kamień było jedynym właściwym. Niemniej jednak prócz moralnej rozbieżności jaką z nim miał, nie był w stanie włożyć Kate do odpowiedniej szufladki. Było w niej coś co na to nie pozwalało, coś nieodgadnionego. Niemożność zaklasyfikowania jej w odpowiednim przedziale napawała go lękiem. Przypomniał mu się ten wzburzony ton, rozrzucone na wietrze włosy i dwa duże szmaragdy, poczuł pewną tkliwość co do jej osoby. Fakt - obrzydzała go, jej bezrozumny tok myślenia, porywczość i masa słabości. Była dla niego odpychająca, mimo to paradoksalnie łaknął kontaktu. Była jak burza ale tym samym wnosiła wiele świeżości w jego stęchłe życie.
***
"Co za impertynent! I do tego niezrównoważony!". Trzasnęła z impetem drzwiami. "Hm, przynajmniej gdy zamykają się z tą prędkością - nie skrzypią." Nagle zalała ją fala niepohamowanych myśli: "Dobrze, że mnie tam już nie ma, to najważniejsze. Nie wiadomo do czego tacy ludzie są zdolni. Skąd on mógł wiedzieć o psychologu... może mieszka w okolicy i widywał mnie tam często...?". Wyjęła przyprawy z szafki. Ścisła dieta wymusiła na niej jedzenie posiłków o wyznaczonych porach, teraz należało zjeść lunch. Umyła i obrała warzywa włączając wcześniej muzykę. W mieszkaniu dało się słyszeć takie kawałki jak: Laid Back Baby i Majestic. Lubiła soft jazz, ponieważ pozwalał jej zebrać myśli i skupić się na wykonywaniu czynności. Pośpiech jej nie służył, chociaż od kiedy pamiętała zawsze była niecierpliwa i wybuchowa. Nagle zadzwonił dzwonek i sprowadził ją do tu i teraz.
- Już, chwilka! Zmniejszyła nieco ogień, umyła ręce i poszła otworzyć drzwi.
- Panna Sanders?
- Tak, zgadza się.
- Paczka do pani. Płatne gotówką przy odbiorze, proszę podpis.
- Super, proszę sekundę poczekać, przyniosę pieniądze. Skierowała swoje kroki w stronę kanapy, gdzie wcześniej zostawiła torebkę. Nie znalazła w niej jednak portfela. Przeszukała pospiesznie każde miejsce gdzie mogła go zostawić jednak nigdzie go nie było. Szybko wróciła do listonosza zwracając się do niego z uśmiechem na twarzy:
- Wie pan co? Będziemy musieli jednak zrobić to przelewem...
Sytuacja napełniła ją niepokojem i niesmakiem. Po udanej transakcji odłożyła pakunek na stół w dużym pokoju. Przeszukała ponownie wszystkie zakamarki swojej małej kawalerki, bezskutecznie. Wcześniej zazwyczaj gubiła takie rzeczy jak telefon, klucze czy portfel, ale z czasem wypracowała nawyk, który pozwolił jej czuć się bardziej pewnie i nie zapominać o tak fundamentalnych akcesoriach w torebce.
"W torebce...! Musiały być w torebce, przecież nie ma innej możliwości. Wypadły z niej w lesie, gdy spadłam z kamienia. Nie do wiary, dlaczego zawsze musi mnie to spotykać!" myślała biegając po pokoju i żując w pośpiechu obiad. Tymczasem na zewnątrz zrobiło się zimno i deszczowo. Ciarki przeszyły jej ciało gdy pomyślała, że miała by tam ponownie spotkać tego mężczyznę. Mimo wszystko ten tajemniczy człowiek ciągle zaprzątał jej myśli. Imponował jej swoją wiedzą oraz chłodną inteligencją bijącą od niego. Prawda była taka, że zawsze sięgała po nieosiągalne, po coś co uważała, że znajduje się na wyższej półce, nawet gdy zanosiło się na to, że jej poczynania okażą się opłakane w skutkach. Lgnęła do tego typu zdarzeń jak ćma do ognia. Pociągała ją jego niezależność. Cynicznych, aroganckich i upartych facetów postrzegała jako bardziej męskich. Wyróżniali się z tłumu niczym niezmącony strumień światła w bezgwiezdny, mglisty wieczór. Lokalizowała ich bardzo szybko. Równie szybko jak kończyła takie znajomości. Paradoksalnie po czasie przebywania w takim "związku" przeczuwała, że nie przyniesie jej nic dobrego i kończyła go zanim Pan Niewłaściwy zdążył się wycofać, by jednak zachować dla siebie przekonanie o mocy sprawczej w tego typu relacji.
A czy teraz... mogło być inaczej?
Leniwie podchodziła do zmian. Dobrze czuła się w swojej strefie komfortu, zawsze wycofywała się zanim zdążyła się zaangażować. Nigdy jednak nie było tak, że ktoś na samym początku zafascynował ją aż tak. Pomasowała ręką obtłuczone w lesie kolano. "No tak, nawet nie pomógł mi wstać dupek... muszę odnaleźć ten portfel, w przeciwnym wypadku trzeba będzie to zgłosić...". Założyła w biegu cieplejsze ciuchy i skierowała się w stronę lasu, kiedy właśnie zaczęło padać.
***
Marco oddawał się właśnie zajęciom szlifierskim przy obsydianie gdy za oknem zaczęło się błyskać. Zanosiło się na paskudną burzę jednak jakże orzeźwiającą... Właśnie... Była jedna osoba w jego myślach, która działała podobnie. Jak nadciągająca burza.
Pogoda sprzyjała melancholijnemu nastrojowi, przywoływała wspomnienia, kamień milczał jakże wymownie. Marco prowadził poukładane życie. Zainteresowanie alchemią pojawiło się jeszcze zanim skończył 12 lat - właśnie w tym okresie zaczął przejawiać się jego talent do widzenia rzeczy. Jako dziecko często był uważany za wycofanego ze skłonnościami autystycznymi. Gdziekolwiek by się nie pojawił zawsze otaczała go seria niewyjaśnionych okoliczności i splotów wydarzeń. Ot, taki dziwny dzieciak z niepełnej rodziny, który przynosi same nieszczęścia. W rodzinnej wsi unikano go. Wiejskie guślarki uważały, że to "przeklęty" chłopiec. Sentymentalne myśli wykrzywiły w uśmiechu wąskie usta. Oddał  się tym wspomnieniom bez reszty, przewijał je i odtwarzał na nowo niczym film, nagle... poczuł intensywny ucisk w głowie. Presja była nie do zniesienia. Przed oczami pojawiły się retrospektywne obrazy nie spowodowane jego wolą. Ujrzał jak na dłoni rodzinną wieś, rzekę, poczuł zapach kwiatów i powiew ciepłego wiatru na twarzy. No tak... już jako dziecko był świadkiem śmierci. Jej śmierci...
Wracali z niedzielnego festynu w słoneczne popołudnie śmiejąc się głośno. To był jedyny dzień gdy mógł prosić o co chciał.  Na powrót Eve kupiła mu balonik z helem jednak przez nieuwagę wypuścił go z rąk. Rozpłakał się. Eve troskliwie ujęła jego twarz w ręce i powiedziała spokojnym tonem:
- Kochanie, to tylko balonik, jeśli będziesz chciał, kupię ci następny. Dzisiejszy dzień jest zbyt piękny by się smucić.
- Mamo popatrz! Przykleił się. Obok nich znajdował sie stary, spróchniały most po którym dawno nikt już nie chodził z rozsądku. Skrzypiał okrutnie i rozsypywał się. Ponieważ był niebezpieczny, rolnicy dawno obrali inną drogę by przedostać się na drugą stronę rzeki. Balonik zahaczył nitką o drewno i spokojnie kołysał się na wietrze.
- Pójdę po niego dla ciebie. Tymczasem czekaj tu grzecznie i niech cię nie kusi by iść za mną, dobrze? Zaraz wrócę, cały czas będziesz mnie widział.
Poszła, w momencie znalazła się na miejscu, zręcznie chwytając balonik. Odwróciła się. Szła z powrotem przez owy stary, chwiejny most. Jeszcze dwa kroki, jeszcze krok i byłaby na zielonej murawie, na stabilnym gruncie. Nagle spróchniałe deski nie wytrzymały ciężaru jej wątłego ciała, spadając rozdarła swoją zieloną bluzkę. Nie potrafiła pływać. Czuł wręcz to zimno, słyszał jak krzyk grzęźnie jej w gardle co chwile zalewając je wodą "Marco! Marco!". Stał i patrzył na teatr śmierci, chciał wezwać pomoc, chciał się ruszyć, ale nieopisane uczucie jakie ogarniało go z chwili na chwilę coraz potężniej nie pozwalało mu odwracać wzroku. Obserwował jej ruchy, każdą kroplę wody, która unosiła się w powietrzu, to jak w każdej sekundzie słabnie i jak ulatnia się z niej życie. Spostrzegł białą poświatę, która wiotko utrzymywała się później pod powierzchnią. Czas się dla niego zatrzymał. To było wspaniałe widowisko...
Spokojny obserwował jak obok jej martwego ciała w wodzie unosi się biała nić, która "splata się" w węzeł z obecnym obszarem i nie może wypłynąć. Nie może się wydostać. Esencja  Eve utrzymywała się dokładnie w miejscu gdzie utonęła. Została tam uwięziona, razem z intensywnymi emocjami i wspomnieniem cichej, samotnej śmierci.
***
- Eeeej, halo?! Przepraszam, mieszka tu ktoś?! Przenikliwy głos wyrwał go natychmiastowo z pół snu. Darła się straszliwie na przemian tłukąc małymi piąstkami w drzwi. Była poirytowana, mokra od deszczu i zmarznięta. Otrząsnął się, sen znikł jakby za mgłą i nie mógł go już odtworzyć. Wstał więc i wyjrzał przez okno. Ona...
- Haaaaalo, przepr....!
- W czym mogę pomóc? - zapytał otwierając energicznie drzwi. Prawie wpadła do środka bo napierała na nie całym swym ciężarem. Była przemoknięta do suchej nitki - oberwanie chmury, a nie zanosiło się na koniec. Soczyście posypywało gradem wielkości kurzych jajek.
- Oh... To ty... mieszkasz tutaj?! krzyknęła bo właśnie w tym momencie głośno zagrzmiało.
- Nie, przyjechałem na słoneczne wakacje... Wejdź jeśli musisz, taki grad może zrobić krzywdę. Szybko wskoczyła do środka, cała dygotała i ociekała wodą. Zamknął drzwi i niechętnie odwrócił się w jej stronę i zapytał stonowanym głosem:
- Słucham cię?
- No widzisz... - Kate zaczęła się jąkać - bo przez ten grad... chyba musiałam zboczyć z trasy, weszłam nie w tą uliczkę co trzeba i wtedy...
- Uważność też nie jest twoją mocną stroną, prawda? - uciął jej wywód
- Może dasz mi skończyć, co?
- Nie bardzo. Znalazłaś chociaż ten portfel? Stała jak wryta na środku salonu i obficie moczyła sobą dywan. Marco skierował swoje kroki w stronę kuchni:
- Suszona pokrzywa czy mięta?
- Słucham?
- Eh... herbatę sobie robię, też chcesz?
- T...Tak, poproszę. Bez cukru jeśli można.
- Oczywiście - odparł. Obserwowała jego płynne ruchy przez chwilę zza uchylonych drzwi, później skierowała się w głąb salonu a jej wzrok padł na półki z książkami. Botanika, zielarstwo, ornitologia, wędkarstwo. Czyli wszystko o nerdach... "Na bungee raczej by się ze mną nie wybrał" pomyślała.
Tymczasem Marco położył już filiżanki na stole, zabrał ze sobą również dwa duże ręczniki, jeden położył na kanapie i wskazał gestem by usiadła, drugi położył obok. Później skierował się w stronę wyjścia.
- Dziękuję za herbatę - powiedziała posłusznie siadając na wskazanym miejscu. Gdzie idziesz?
- Po opał byś się ogrzała. Im szybciej wyschniesz tym szybciej stąd wyjdziesz. Tak oto Kate w to piękne popołudnie spędzała czas w miłym towarzystwie.
***
Szczypki mimo szczelnego dachu pokrywającego składzik z drewnem były wilgotne, ciężko było znaleźć kilka suchych na rozpałkę. Marco pochylił się by zebrać kilka i w tej samej chwili poczuł, że ból w krzyżu minął. Jak zawsze podczas skłonu odczuwał dyskomfort, teraz nic takiego nie miało miejsca. Co więcej, tak dobrego samopoczucia nie zaznał już dawno. Jego aura stała się przejrzysta, ustabilizowana, przestał odbierać negatywne pływy i doświadczył cudownej ulgi. Ciepło miękko rozprzestrzeniało się wzdłuż kręgosłupa, ucisk w głowie minął. Aż sam nie dowierzał tak nagłej, pozytywnej zmianie. Wrócił już odmieniony, promienny. Kate w salonie wycierała swoje długie, rude włosy. Spojrzała na niego przeciągle. Wyglądała jakby chciała przewiercić go wzrokiem na wylot. Usiadł więc przy kominku i rozpalił ogień.
- Herbata jest naprawdę dobra. Powiedziała gdy po chwili ciszy trzask palonego drewna rozniósł się po pomieszczeniu.
- Wiem - odrzekł. Ta pogoda...
- Skąd wiedziałeś o portfelu? Przerwała.
- Widziałem jak wypadł z torebki gdy zleciałaś z kamienia.
- Jak to? I nic mi nie powiedziałeś?
- Wyglądałaś jakby ci się spieszyło. Nie chciałem cię zatrzymywać. Nie szczególnie wiedziała co odpowiedzieć w tej chwili. Zastanawiała się czy jego bezczelność ma jakieś granice. Czy ta istota jest w ogóle zdolna do wyższych uczuć?
- Znalazłaś go chociaż? Zapytał znienacka.
- Eh... tak znalazłam. Mogłeś go chociaż zabrać ze sobą.
- Ale po co mi twój portfel?
- Może po to by go później oddać? Marco zagrał nieco zafrasowanego, ujął podbródek i po krótkim namyśle stwierdził:
- Neeee... Zbyt wyszukane.
- Ok, co tak wpłynęło na ciebie, że stałeś się bezczelnym bubkiem? Zastanowił się przez chwilę, to było ciekawe. Kiedy właściwie ta granica się zatarła, nie pamiętał. Ogień buchał radośnie z kominka, Marco wstał i zbliżył się do Kate. Usiadł na wprost niej i wziął łyk herbaty:
- Wiesz... może to ta pogoda?
- Interesujące... rzekła zjadliwie. Jesteś botanikiem?
- Można tak powiedzieć.
- Co jest w tych flaszeczkach na regale?
- Hm...głównie wywary. Zakonserwowane roślinnie narządy martwych zwierząt, krew, mocz.
- Bardzo śmieszne. No cóż, nie chcesz powiedzieć, to nie będę naciskać.
- Ależ będziesz.
- Słucham?
- Ktoś z takim temperamentem nie pozwoli sobie na niedomówienia...
- Tym razem sobie pozwolę. Tak jest przynajmniej ciekawiej.
Spojrzał na nią, orzeźwiające ciepło jakie z niej biło znów zatroszczyło się o jego kręgosłup. Była spokojna, promieniała zdrowiem i witalnością.
- Ale może jednak zaczniemy od początku, bo źle to wyszło. Ja jestem Kate, miło cię poznać. A twoje imię to?
- Marco. Podali sobie ręce i przeszyły go dreszcze. Jej uścisk był energiczny, pewny ale nie zbyt silny, ciepły i przyjemny zarazem. Wspaniałe uczucie, naprawdę tętniła życiem. Nie wiedział dokładnie co ma na to wpływ w tej chwili, ale czuł się o wiele młodziej. Kate podniosła wzrok i spojrzała mu prosto w oczy z niekrytym zaciekawieniem.
- Więc Marco... powiedz mi, co jest twoim marzeniem?
- Dziwne pytania zadajesz. Nastroszył się trochę.
- No o tobie wcale nie można tego powiedzieć.
- Myślę, że nie jestem wymagający. Chciałbym po prostu czuć się tak jak w tej chwili już zawsze...
***
Rozmawiali jeszcze przez długie godziny, na przeróżne tematy, od błahych i zabawnych po kontrowersyjne i poważne. Zjedli również razem obiad. Dawno już przestało padać i burza się uspokoiła, jednak Kate wyszła do domu dopiero późnym wieczorem. Noc była nadzwyczaj jasna ponieważ nastała pełnia a niebo po orzeźwiającej nawałnicy czyste i przejrzyste. Okazało się, że wcale nie mieszkają tak daleko od siebie. Została przez Marco wyposażona w ciepły płaszcz jednak z kaloszy już zrezygnowała. W jeden mieściła swoje obie nogi, więc to znacznie utrudniło by jej powrót. Gdy zmierzała już do wyjścia, zaczepił ją jeszcze na moment:
- Chce, żebyś coś dla mnie przechowała - rzekł, wręczając jej małe zawiniątko.
- A co to takiego, czy to jedwab?
- Tak, rozwiń dopiero gdy będziesz w domu.
- Ok, a czemu mi to dajesz?
- Po prostu chcę byś tu szybko wróciła.
- Ah rozumiem. Szkoda, że nie mogę mieć czegoś od ciebie na zawsze. Słysząc te słowa uśmiechnął się pierwszy raz i powiedział:
- W takim razie, skoro tak chcesz, mogę cię zapewnić, że ta figurka będzie przy tobie do końca twoich dni.
Rozpromieniona wracała do domu.
"Zwierzyna i łowca to właściwie jedno i to samo. Oboje muszą być cisi i nieruchomi jak śmierć."
Rae Carson
***
Dwa tygodnie później.
Od momentu gdy spotkała Marca, każda noc bez niego zdawała się być utrapieniem. Co chwilę budziły ją dziwne sny, dźwięki bądź jej własny krzyk. Tej nocy było podobnie. Wstała by napić się wody. Tak bardzo chciała spotkać się z Marco. Potrzebowała tego. Wyobrażała sobie jak ich ciała zwierają się razem w wiecznym tańcu i trwają tak już przez długi czas. Figurka jelenia, którą dostała od niego owiniętą w jedwabną hustkę, teraz spoczywała odsłonięta spokojnie na półce obok książek. Tęskniła za nim, choć prawie go nie znała. Zmęczona skierowała swoje kroki w stronę łóżka. Nie miała pojęcia jakie jest źródło tych koszmarów, które nękały ją każdej nocy ale wiedziała jedno... Często o nim rozmyślała, pragnęła poczuć się bezpiecznie. Wyobrażała sobie jak obejmuje ją swoim ramieniem, ironicznie wyśmiewa jej lęki, i szepcze, że wszystko jest już dobrze. Wiedziała, że chce być przy nim.
***
Pracował nad kamieniem tak intensywnie, że tracił rachubę czasu. Każdego dnia oddawał się alchemii i dawało mu to mnóstwo satysfakcji. Również jakość jego pracy znacznie się poprawiła, wszystko szło idealnie. Działo się tak w dużej mierze dlatego iż stan jego zdrowia diametralnie się poprawił, od kiedy ofiarował Kate elementarium w statuetce jelenia. Jej esencja sprawiała, że z dnia na dzień stawał się sprawniejszy i czuł się młodziej. Jego ciało odżyło, skórze wrócił koloryt a metabolizm znacznie się poprawił. Czuł, że życie w nim tętni a jego osoba zaczęła się wreszcie harmonizować. Wiedział już dokładnie czym była ta świeżość, którą wnosiła, jednak zrozumiał tę wartość dopiero niedawno. Zrozumiał, że potrzebuje jej, aby pracować, aby żyć. Zrozumiał, że jest dla niego ratunkiem, całym Wszechświatem i że nigdy nie chciałby się z nią rozstać. Tylko, że... nie pojawiała się. Minęło już długie dwa tygodnie a ona nie dawała znaku życia. Już nie przyszła w deszczowy dzień by walić do drzwi ignorując dzwonek, na błocić w salonie, napić się herbaty, czy wreszcie koić go swoim ciepłym głosem podczas rozmowy. W tym samym mniej więcej czasie ucichł również głos kamienia. Choć ostatnio szybko ewoluował i Marco widział wokół niego srebrzystą emanację nie był w stanie nawiązać z nim relacji, do której zdążył już uprzednio przywyknąć.  Co się właściwie stało? Nagle poczuł, że nie potrafi walczyć z tym pragnieniem... Pragnieniem, które odsuwał od siebie od samego początku a które tak paliło go od wewnątrz zarazem. Musi! Koniecznie musi się z nią spotkać. Zbyt długo już czekał. A więc gdzie? Gdzie mieszkasz Kate?
Zerwał się nagle. Pozamykał wszystkie okna, zasłonił żaluzje, wyłączył wszystko co tylko mogło go rozpraszać. Usadowił się wygodnie w fotelu w najciemniejszym kącie pokoju. Ustabilizował oddech i opróżnił swój umysł ze wszystkich zalegających śmieci. Następnie przywołał jasny i klarowny obraz stworzonego przez siebie elementala, którego podarował Kate. Zobaczył go oczami umysłu bardzo wyraźnie. Skondensował więc całą swoją świadomość w jego oczach i starał się jak najwyraźniej zobaczyć gdzie przebywa i jak wygląda to miejsce. Ujrzał część salonu z perspektywy elementarium mieszczącego się na półce nad kominkiem.  W pomieszczeniu było dość głośno, ale nie rozumiał słów ani nie widział nikogo. Jego wzrok przykuła rozerwana, kartonowa paczka. Przesyłka z umieszczonym na niej dokładnym adresem. Szczęśliwie wyrył nazwę ulicy w pamięci, wiedział już co robić dalej.
Było już ciemno na zewnątrz gdy wybiegł z domu i odpalił samochód.


Dzwonek do drzwi.
- Spodziewasz się jeszcze kogoś o tej porze?
- Nieee - przeciągle odpowiedziała Kate. - Czyżbyś przyprowadziła ze sobą na babski wieczór jakiegoś rodzynka Lucy?
- Nie no, dlaczego od razu posądzasz mnie o takie rzeczy?
- Bo za dobrze pamiętam tamtą bibę w Rezerwacie - obie ryknęły śmiechem, po czym Lucy dolała sobie wina i stwierdziła bełkotliwie:
- A skłonna byłabym powiedzieć, że pamiętasz z niej najmniej. Lekko przy mroczona alkoholem Kate wstała i skierowała się chwiejnym krokiem w stronę drzwi.
- Dobrze Ci weszło, mówiłam, że ten trunek czyni cuda, chlip! - czknęła Lucy. - Zmienia ciała stabilne w niestabilne - magia! chlip!
- Kurczę, to Marco... - rzekła spoglądając przez wizjer.
- To ten facet? Lucy wytrzeszczyła oczy.
- Tak.
- Ale... ten?
- No taaaak! Oczywiście, już zdążyły podczas tego wieczoru przepracować wszystkie opcje tego spotkania, niemniej jednak taki obrót wydarzeń zburzył cały misterny plan.
- A skąd on do cholery wie gdzie mieszkasz?
- Nie mam pojęcia, ale teraz chyba problem rozwiązał się sam...
- Otwieraj, ja z nim pogadam. Dzięki magicznemu napojowi zmienię waszą znajomość z platonicznej naaa... no...
- Naaaa...?
- Na nie platoniczną. No otwórz no! Rzuciły się obie w stronę drzwi. W progu stał Marco z bukietem kwiatów, był rozpromieniony. Dziewczyny oniemiały gdy go zobaczyły.
- Witaj. Chyba przeszkadzam...? Zapytał.
- Nie! - chórek kościelny w odpowiedzi. Kate jednak zebrała się w sobie i wydusiła:
- Czemu zawdzięczam tę niespodziewaną wizytę?
- Mam ci do powiedzenia kilka rzeczy Kate... nie mogę dłużej tego w sobie trzymać. Jego ton był spokojny a głos głęboki i przyjemny, hipnotyzujący wręcz, jednak na tyle stanowczy, by Lucy zaczęła ubierać się do wyjścia.
- Co ty robisz Lucy? spytała Kate. Marco spojrzał na nią zaciekawiony. Miała rozmierzwione włosy i błyszczące oczy. Wyglądała rozkosznie nawet po kilku głębszych.
- Kochani, skończcie sobie tę butelkę ja mam ważną misję do zrobienia jeszcze dzisiaj.
- Misję pod kryptonimem "trafić do łóżka". - wtrąciła Kate.
- Misję pod kryptonimem "pozwolić Kate rozkwitnąć w uczuciu miłosnego uniesień..."
- Dobra, dobra! Nigdzie nie idziesz. Powiedziała patrząc usilnie w stronę szafki z butami. Już zarumieniona, zarumieniła się jeszcze bardziej, tak że teraz jej twarz wyglądała jak dorodny pomidor. Lucy zatoczyła się lekko zarzucając torebkę na ramię, ale dzielnie szarpnęła głową w tył i powiedziała na odchodne:
- Misia, przecież wiesz, że tego chcesz. Miłego wieczorku kochani, ciao. Przy wyjściu zalotnie puściła oczko w stronę Marco o mało nie potykając się przy tym o próg, bo znacznie ograniczyło jej to widoczność.
- No to skoro tak...to nie zapomnij w takim razie odezwać się jutro. Powiedziała Kate patrząc na Lucy stojącą krzywo w drzwiach. Wymieniły się wzajemnie czułościami i pożegnały.
- Bywaj Lucy. Powiedział Marco i skierował wzrok w stronę drzwi. O nic nie pytał, nic nie mówił. Weszli do salonu i usiedli na kanapie. Zostali sami, zapadła niezręczna cisza. Kate starała się krzątać jak najdłużej szukając wazonu na kwiaty od Marco. W końcu go jednak znalazła i była zmuszona usiąść obok niespodziewanego gościa. Stojąc obok sofy zaczęła niepewnie:
- Wiesz... Lucy jest ze mną od kiedy zaczęłam odczuwać pierwsze oznaki depresji. Jest prawdziwą przyjaciółką, mogę na niej polegać.
Marco spojrzał na nią zafascynowany niebywałym zjawiskiem jakim dla niego była.
Czuła się podekscytowana niczym podlotek, nieco również zawstydzona swoim stanem oraz nieznacznie bełkotliwą mową. Szybko chciała wyrównać szanse, w związku z tym zapytała z entuzjazmem:
- Napijesz się?
- Nie, dziękuję. Przyjechałem samochodem.
- Oh... - chwila zawahania, już miała wspomnieć o tej wolnej kanapie w salonie i że może zostać na noc ale powstrzymała się - To nie wiem, coś do jedzenia, picia?
- Proszę jedynie byś usiadła, chciałem porozmawiać. Kate przeszedł po plecach dreszcz ekscytacji wymieszany z adrenaliną. W tym momencie już całkowicie czuła się przytłoczona swoim stanem, więc spytała z poczuciem winy:
- Co, nie spodziewałeś się mnie zastać w takim rozpadzie...?
- Wręcz przeciwnie.
- To znaczy?
- Tak działa mechanizm znieczulania, gdy chcesz odrzucić od siebie coś, na co wydaje ci się, że nie jesteś gotowa. Padła chwila milczenia, przerywana od czasu do czasu strzelaniem z palców u Kate.
- Wydaje mi się...? Zapytała niepewnie.
- Tak, wydaje ci się - błyskawicznie pada odpowiedź. Znów ciarki na plecach, dreszcze. Czekała na to, ale również się tego obawiała. Paradoks. Bardzo nakręcały ją tego typu rozmowy, czuła się doceniania, atrakcyjna, że zabiega się o jej względy. Potrzebowała tego by móc się dowartościować, by wyjść z dołka emocjonalnego, z którym kłopotała się od dwóch tygodni i fizycznym osłabieniem jakie się z tym wiązało. Marco ze spokojem ciągnął dalej:
- Od kiedy cię spotkałem, zauważyłem, że masz wspaniałą energię, cudowny potencjał. Później swoją obecnością przyniosłaś mi świeżość, radość i ukojenie. Silnie związałem się z tym uczuciem a później zniknęłaś. Nie wiedziałem co się dzieje. Kate, dlaczego, co się stało?
Zarumieniony podlotek siedział cicho, cały spięty i czekał na dalszy rozwój wydarzeń. W międzyczasie nie żałował sobie sporej części wina.
Na zewnątrz była gęsta szarówka, samochody ciągnęły się w korkach i było słychać w oddali bluzgi i śmiech wracających z knajp studentów. Ta rozmowa często była przerywana momentami ciszy.
- Wiesz, jesteś jedyną osobą, która na mnie tak działa i bardzo nie chciałbym by to uczucie znikało.
- Ja też czuję się dobrze przy tobie... tak jakby wracała do mnie energia.
- Widzisz... bo bardzo chciałem byś przy mnie tak się czuła. Jego wzrok padł bezwiednie na figurkę jelenia na półce nad kominkiem.
Miał duże męskie i ciepłe dłonie, czuła jak bije od niego siła, zlała się z nią wtulając się mocno. Zbliżyła twarz do jego policzka i wyszeptała:
- Zostaniesz?
- Mam lepszy pomysł...
- Jaki? - zapytała zaskoczona.
- Jedź do mnie.
- Ale... tak teraz?
- A jest coś na co chcesz poczekać? - zapytał z uśmiechem - Bo ja już zbyt długo czekałem...
Pod wpływem impulsu, czułości, ciepłych słów i głównej mierze oceanu alkoholu wpakowała do torebki kilka rzeczy w biegu i cała w skowronkach pobiegła w stronę samochodu Marco.
***
Ranek. 
W pomieszczeniu panował półmrok, w powietrzu unosił się zapach stęchlizny wymieszany z krwią. Zimno... wilgotno...
Na jej policzek upadła kropla wody...
Kate obudziła się skacowana, miała na sobie ciuchy "z wczoraj". Leżała na kartonie, w czymś co przypominało klatkę dla zwierząt. Ostrożnie podniosła obolałą głowę, oparła się na rękach i otworzyła szeroko oczy, rozglądając się bacznie w ciemnościach. Ujrzała przed twarzą kraty. Cały sześciobok w środku, którego się znajdowała był z krat. Tak, była w klatce.
Zerwała się natychmiastowo szukając jak w gorączce drzwiczek, czegokolwiek co pomogło by się jej wydostać. Zlokalizowała kłódkę z łańcuchem. Szarpała się z nią dobrą chwilę. Miotała się, kopała, wrzeszczała. Gdy zdała sobie sprawę, z tego, ze nie ma szans powietrze przeciął ostry i rozpaczliwy krzyk. Miała wrażenie, że krzyczy kolejne kilka godzin. Odpowiadało jej jedynie echo. Później nastała głucha rozpacz. Czy nikt już nie przyjdzie? Co się ze mną stanie? Położyła się, podkurczając kolana. Wydawało się jej, że leży bardzo długo nim zmorzył ją sen.
Wreszcie, drzwi od piwnicy się otwarły. Zbudziło ją skrzypienie. Otworzyła szeroko oczy, czuła, że pozycja embrionalna zaczyna doskwierać w jej lewe ramię. Gdy uniosła się na rękach poczuła przeszywający ból w okolicy barku. Do pomieszczenia wtargnęło światło, zmrużyła oczy i podniosła głowę. Nic się nie wydarzyło, więc znów zaczęła krzyczeć:
- Eeeej, ratunku! Zostałam porwana i zamknięta tutaj!
- Krzycz do woli, nikt nie usłyszy. Poza tym sama chciałaś tu przyjechać, a gdy wchodziłaś twierdziłaś, że to najwygodniejsze miejsce na świecie.
- Pierdol się!
- Ach tak... jeśli tego chcesz, możemy spróbować następnym razem...
- Eeeeeeeej!! Eeeeeeeeejjj!!! Wyszedł. Nie widziała twarzy ale głos znała doskonale. Jak to się stało, że mu zaufała? Jak mogła dać wpakować się w coś takiego? Była przemarznięta i głodna. Po jej prawej stronie stał pojemnik. Nie, to nie możliwe. Czuła, że jej jelita poprzez intensywny stres pracują o wiele wydajniej, ale nie... To nadal zbyt mało realne.
Stało się nieco realniejsze po kilku dniach. Gdy spała ze swoim kałem w misce tuż obok,  od jakiegoś czasu.
Drzwi się otwarły. Marco przyniósł wodę, leżała bezwładnie.
- Pij. Ostrożnie bo więcej nie dostaniesz. Wstał by wyjść, chwyciła go w rozpaczy za spodnie:
- Nie zostawiaj mnie!
- Słuchaj Kate, rozumiem, że może być ci ciężko. Mnie również jest, nawet nie wiem czy nie bardziej. Ale musimy przedefiniować naszą wzajemną relację i nakreślić jakieś granice. A tak... nie może być. Wskazał na jej rękę, która kurczowo trzymała jego nogawki. Puściła...
- Dokładnie. Jutro wrócę i zaczniemy od nowa.
- Spierdalaj! krzyknęła gdy już zamknął za sobą drzwi. Wychodził wolno po schodach.
Szczerze się cieszył, że ma ją tak blisko a zarazem czuł się przytłoczony tym jaki obrót sprawa przybrała. Był jednak świadomy, że prawdziwa i czysta miłość to w dużej mierze poświęcenie i czasami uzyskanie takiego uczucia wiąże się z wieloma wyrzeczeniami z obydwu stron. Zawsze, gdy czuł się przytłoczony zaczynał czytać książki. Tak więc usiadł wygodnie w fotelu i wziął do ręki jeden z tomów Paracelsusa.
"Kto wyobraża sobie, że wszystkie owoce dojrzewają w tym samym czasie co poziomki, nic nie wie o winogronach". Paracelsus
***
Wrócił następnego dnia, tak jak obiecał. Przyniósł ze sobą jedzenie i wodę. Z trudem usiadła. Zbliżał się do niej powoli, w końcu przykucnął. Włożył jej jedzenie przez kraty do środka. Jadła szybko mało co gryząc i krztusząc się w trakcie. Przyglądał się jej bacznie z niekrytym zainteresowaniem. Usiadł wygodnie i dość monotonnym i spokojnym głosem powiedział:
- Wiesz Kate... zanim cię poznałem byłem bardzo skwaszony i nie zdolny w dużej mierze do działania. Popadłem w rutynę, a to do czego dążyłem, co tak bardzo pragnąłem osiągnąć powoli zaczynało mnie męczyć i obracać przeciwko mnie. Zamiast dawać szczęście i satysfakcje, w dużej mierze rozczarowywało i wysysało moje siły. Jednak gdy pojawiłaś się w moim życiu, poczułem, jak wszystko dookoła zaczyna się zmieniać. Jak wraca mi motywacja do pracy dzięki tobie. Uwierz, że to co teraz robię jest wspaniałe i robię to również dla nas i naszej wspólnej przyszłości. Zakończył wywód a po jego policzku pociekła łza szczęścia. Kate patrzyła na niego jak na świra:
- I co zamierzasz ze mną zrobić? Zabić? Zgwałcić? Roześmiał się.
- Teraz to już nie ma znaczenia. Będziemy już ze sobą zawsze. Będziemy mieli dla siebie mnóstwo czasu.
- Aha, nie ma dla ciebie znaczenia? Chcesz mnie trzymać w tej dziupli do usranej śmierci? Czego ty ode mnie chcesz?
- Jakiej śmierci? Będziemy żyć wiecznie. Ty i ja.
- O czym ty znowu bredzisz? Jesteś chory! Trzymasz ludzi w klatce!
- Chory, ja? I to mówi ktoś komu wydaje się, że pije wino z przyjaciółką gdy w domu nie ma nikogo? Ach, ale to tylko przejściowe Kate, nie martw się, nie zwracaj w ogóle uwagi na tę klatkę. Uleczę Cię. A wtedy gdy już będziesz gotowa i czysta, sprawię, że będziesz żyć wiecznie. Razem ze mną.
***
- Kate, on Cię zabije, przecież wiesz o tym. Lucy nerwowo chodziło po piwnicy.
- Nie pomagasz. Kate wodziła wzrokiem po pomieszczeniu. Miała natłok myśli.
- Nie potrzebuje nawet broni, wystarczy, że przestanie przynosić jedzenie.
- Przestań...
- Spójrz na siebie debilko, pozwolisz tak się traktować? Jeśli tak, to możliwe, że sobie zasłużyłaś.
- Zamknij ryj!!! Echo poniosło się po kamiennych murach. Było pusto, od czasu do czasu dało się słyszeć przebiegające szczury.  Jeden zabłąkał się i wbiegł przez kraty w poszukiwaniu resztek jedzenia. Natknął się na rękę Kate. Pomieszczenie jeszcze raz wypełnił przeraźliwy krzyk. Pod wpływem adrenaliny zaczęła się miotać, skakać, obijać się o kraty i tłuc rękami zwierzę dopóki nie zalało się krwią a jego czaszka nie rozsmarowała się po posadzce. Waliła pięścią w ten kawałek mięsa jeszcze długo dopóki emocje całkowicie z niej nie zeszły, uspokoiła oddech. Odczuła teraz jak bardzo zmęczona jest i jak osłabiony został jej organizm. Ciekawe... przez moment, przez jej głowę przemknęły retrospektywne obrazy. Miała wrażenie, że stała się sentymentalna. Właśnie przypomniał się jej epizod przez, który popadła w depresję. Miało to miejsce niedługo po awansie i po tym jak dostała swój własny gabinet w pracy. Często również wyjeżdżała w delegacje, w ten dzień akurat postanowiła przyjmować tam. Urządziła go po swojemu i czuła się w nim na prawdę dobrze. Dominowały tam ciepłe barwy a w powietrzu dało się czuć zapach parzonej kawy. W ten dzień do gabinetu przyszedł klient, któremu bardzo zależało na rozwoju swojej własnej działalności jednakże brakowało mu niezbędnej motywacji do podejmowania działań. Po chwili rozmowy okazało się, że Kate nie jest jednak pierwszym coachem w tej kwestii w jakiej się spotykają...:
- (...) no i mówię ci, mój kuzyn ma świetnego nosa do interesów, do tego to teraz jest bardzo chodne! Kwestia kilku miesięcy zanim to wypali. Tylko no właśnie, w umowie będzie mógł o mnie wspomnieć dopiero gdy biznes się rozkręci... Ale to nie ważne! Teraz przynajmniej, nie zabraknie mi motywacji, ktoś będzie mnie nadzorował. Nie tak jak wcześniej! To naprawdę będzie przedsięwzięcie.
- Cieszę się twoim szczęściem Andrew. Powiedz mi, jak rozmowa z twoim kuzynem wpływa na formowanie twoich przekonań w temacie biznesu?
- Yyy...no dobrze. Motywuje mnie, mobilizuje do pracy. Czasem jest wybuchowy i podejmuje decyzje pochopnie ale to naprawdę mądry gość, zawsze był wobec mnie lojalny, trochę taki wzór z dzieciństwa. Nie raz ratowaliśmy się za dzieciaka. Mogę ci opowiedzieć parę historii! – rzekł Andrew wyraźne zadowolony i podekscytowany podjętym, nowym wątkiem.
-  Rozumiem, że są to dla ciebie przyjemne wspomnienia, skupmy się jednak na tobie, ok? Co tobą motywowało gdy udzielałeś mu pożyczki na ten biznes?
- Jak to co? Przecież to mój kuzyn, znamy się od dziecka! Mówiłem ci, że taki trochę straszy brat, zawsze się wyciągaliśmy z problemów, jak z kimś ma się to udać to tylko z nim.
- Sądzisz, że ten rodzaj formowania przekonań i opinii jest dla ciebie dobry?
- A dlaczego niby miałby nie być? Co ty próbujesz mi wmówić? Nie dość, że słaby coach to co z ciebie w ogóle za człowiek? Masz w ogóle przyjaciół, rodzinę? Kolejna tępa, po studiach, powinienem iść do faceta. Ja pierdolę! Słuchasz do ciebie mówię, czy tylko używasz wyuczonych formułek?! – rzucił wkurwiony.
- Andrew, stonuj głos. Chcę po prostu wiedzieć na ile ta ocena jest twoją własną? Poza tym nie życzę sobie...
- Chuj ci do tego! - przerwał pełen furii - Ten biznes wypali, prędzej czy później! Nikt mi nie wierzy, ale wszyscy zobaczycie! Jeszcze kurwa zobaczycie i się zdziwicie gdy będę jeździł czerwonym ferrari!
Trzask drzwi. Wybiegł tak szybko jak to tylko możliwe, zostawiając zszokowaną Kate w gabinecie. "No cóż... zdarzają się i tacy" pomyślała oddychając głęboko, i zerknęła melancholijnie przez okno. Andrew wbiegł na ulicę jak opętany prosto pod nadjeżdżający z przeciwka samochód. "Nie, nie, nie, nie..." zamarła, złapała za telefon i szybko zadzwoniła na pogotowie.
Po jakimś czasie okazało się, że Andrew pod wpływem obrażeń wewnętrznych zmarł a Kate zaczęła obwiniać się o jego śmierć.
- No tak, prawie jakbyś wepchnęła go pod ten samochód. Gdybyś dała radę pokierować emocjami Marco w taki sposób by otworzył to ustrojstwo, byłabyś wolna. Kate milczała, Lucy jednak nie dawała za wygraną, dopytywała ciągle wżeniając się w jej myśli:
- I co teraz zamierzasz?
- Zaczekam. Przetrzymam go.
- Grzeczna dziewczynka
***
- O nadal tu jesteś? - spytał Marco z uśmiechem wchodząc do piwnicy. - Przyniosłem ci coś dobrego, musisz się przecież zdrowo odżywiać. Długo zajęło mu nim ponownie do niej przyszedł. Nie wiedziała dokładnie ile czasu upłynęło. W pomieszczeniu ciągle panował półmrok, w większości spała osłabiona. Spojrzała w jego stronę i powiedziała przeciągle:
- Nie chce tego, możesz to zabrać.
- Jak to? Nie jesteś głodna? - odparł szczerze zaskoczony.
- Nie chce jeść. Nie mam powodu by żyć.
- Ależ co ty mówisz, Kate?
- Czemu mnie tutaj trzymasz? Czego ty chcesz człowieku?
- Wiem, że nie rozumiesz swojego położenia ale nie chciałbym być zmuszony do tego by karmić cię kroplówką. To uwłaczałoby zarówno mnie jak i tobie, więc opór w tym przypadku jest bez celowy.
- I co niby chcesz tym osiągnąć?
- Jak to? Nadal nie rozumiesz? Komuś takiemu jak ja ciężko jest znaleźć osobę godną swojej miłości. A miłość jako najwyższe uczucie jest ponad czasowe, jest ponad trwanie tej fizycznej powłoki, w której mieści się duch. Postanowiłem zatem zabezpieczyć nasz wspaniały związek i po śmierci ciała fizycznego twój duch i ciało astralne pozostaną wraz ze mną na zawsze. A ja, pozwolę ci tym samym współuczestniczyć w moim wielkim alchemicznym dziele, które choć czasem wymaga ofiary i poświęcenia, w zamian obiecuje prawdziwą wiedzę i nieśmiertelność.
- Mówisz o nieśmiertelności a planujesz mnie zabić? Jesteś skończonym popaprańcem.
- Postaraj się oczyścić ze swoich zgubnych i bezwartościowych przekonań. To co ci daje to wspaniały dar. W tym trybie, w którym funkcjonujesz nawet po stu reinkarnacjach nie byłabyś w stanie choć zbliżyć się do takiej doskonałości jaką jesteś w stanie osiągnąć teraz. Sama zobaczysz, że ta krótka niewygoda jest warta życia w doskonałym stanie świadomości - już wiecznie!
- Więc zabij mnie skoro taki masz plan! Co cię kurwa powstrzymuje?
- Nie, nie... najpierw musisz wysubtelnić swój umysł by otworzyć się na wiedzę i pozbyć się wszystkich naleciałości, tego co czyni cię słabą i żałosną.
Zaśmiała się ironicznie:
- Oh, czyżby nie wystarczyła czysta miłość? Marco spojrzał na nią bacznie:
- Tak, ona jest wspaniałym początkiem. A teraz jedz.
- Zapomnij, nie tknę tego, wolę tu zdechnąć.
Reakcja była niemal natychmiastowa, poczuł nieopisaną falę złości i bezradności zalewając go całego:
- Ale ty jesteś głupia! Mam wrażenie, że tracę tutaj tylko czas z tobą!
Wyszedł. Złapał haczyk.
***
Będąc już na górze Marco zachodził w głowę co poszło nie tak, gdzie popełnił błąd? Wyładował furię na lustrze w łazience i krześle w kuchni. Usiadł ciężko dysząc, walcząc z natłokiem myśli. No tak... Przecież rekin gdy zamyka się go w akwarium pierwsze co robi - tłucze głową w szybę. Woli dokonać destrukcji niż żyć w niewoli.
Szybko zbiegł ponownie na dół:
- Wiem co planujesz Kate i ostrzegam cię to nic nie da! Porozmawiaj ze mną.
- To nie ma sensu.
- Ale o czym ty mówisz? Co niby dla ciebie nie ma sensu?
- Skoro ty nie jesteś w stanie mnie uleczyć, to nikt już nie będzie.
- Jestem w stanie!
- Haha! Bardzo chciałabym w to wierzyć. Chciałabym wierzyć, że to uczucie jest jednak prawdziwe i tak silne jak opisujesz, ale widzę, że twój własny projekt cię przerasta! Spójrz jak to wygląda. Nie jesteś w stanie nawet zapanować nad swoimi emocjami co dopiero uleczyć kogoś!
- Słucham!? Przeżywam dla ciebie piekło a ty tak mi się odwdzięczasz?
- Jestem po prostu załamana tym jak potrafiłeś mnie okłamać. Mówisz o jednym z najwyższych uczuć czysto teoretycznie. Nigdy nie byłeś ani nie będziesz zdolny tego prawdziwie poczuć.
Marco osłupiał, stał tylko sztywno, patrząc na nią:
- Wiesz co... Jak możesz...
- Mogę! Mogę, bo ja je znam. Wiem jak to jest szczerze kochać, w przeciwieństwie do ciebie. I jeśli tylko się otworzysz mogę również pokazać ci jak to jest, nauczyć cię tego. A wtedy twój proces się dopełni. W przeciwnym wypadku te twoje gierki nie mają żadnego sensu i nic się nie zmieni.
- Zobaczymy... Wyszedł.
***
Był po kilku nieprzespanych nocach. Wypełniała go obawa przed utratą wszystkiego nad czym tak ciężko przez tyle lat pracował. Mógł stracić swoją witalność, Kate a tym samym kamień. Marzenia oddalały się od niego i nikły za mgłą. Nie był w stanie się z tym pogodzić. Po prostu nie. To nie do przyjęcia. Słabł. Wszystko było nie tak jak być powinno, tracił grunt pod stopami a słowa Kate tętniły w nim niczym samospełniająca się przepowiednia. Nie mógł na to pozwolić. Tyle lat pracy, tylko dlatego, że nie zna uczucia miłości. Potrafiłby o nim mówić godzinami, jednak miała rację. Nie doświadczył go prawdziwie i szczerze. Idealizował je w swoich myślach, łączył się z nim wizualizując, jednak nie było nikogo, kto by pokazał, poprowadził, rozwalił ten mur. Ale ona... Nie pasowała do żadnego schematu, była dla niego nieklasyfikowana, choć nie pasowała do wyimaginowanego ideału uzupełniającego schemat, to czy gdyby taki ideał znalazł, coś by się w nim zmieniło? Wiedział jedynie tyle, że teraz się zmieniało. Ona sama była zmianą. Zmuszała go do podejmowania decyzji, dzięki którym stawał ponad sobą. Osiągał wyższy pułap, stawał się lepszą wersją siebie. "Myślę, że miłość to również kompromisy" - rozważał to długo, ale jednak te rozważania popchnęły go do kolejnej wizyty na dole.
- Witaj Kate. - jego głos brzmiał czule i opiekuńczo. - Czego potrzebujesz?
- Przecież wiesz - spojrzała na niego z politowaniem. Jak nauczyciel na ucznia, który nie rozumie podstawowych praw fizyki a chce kwestionować teorię Einsteina.
- Nie mogę cię wypuścić, to nie dorzeczne.
- Nie proszę nawet o to... pomijam już fakt, że zamknąłeś mnie w klatce - to nie jest miłość. Niczego na chwilę obecną mi nie dałeś a odebrałeś wszystko.
- Czego więc potrzebujesz?
- Dowodu.
- Dowodu? A co miałoby nim być?
- Marco, chce ostatni raz zobaczyć miejsce gdzie się poznaliśmy. Tam w lesie przy wielkim kamieniu.
- Powiedziałem ci przecież, że nie mogę cię wypuścić. To nie podlega dyskusji.
- Czy naprawdę myślisz, że byłabym zdolna uciec daleko w stanie, do którego doprowadziła mnie twoja miłość? To niewiele na przestrzeni wieczności o co proszę. Chcę ostatni raz zobaczyć miejsce wielkiej przemiany, miejsce w którym zaczęło się dla mnie nowe życie, gdzie poznałam ciebie. Przestań mi to uniemożliwiać i podcinać mi skrzydła.
Marco zaczął się intensywnie zastanawiać. Spojrzał na nią badawczo. Faktycznie, nie byłaby w stanie uciec daleko. Ale nie... to zbyt niebezpieczne, otrząsnął się szybko z tych myśli, przeanalizował sytuację i zaczął:
- Kate posłuchaj, próbuję cię oczyścić, uleczyć ze wszystkich ograniczających cię naleciałości, byś stała się czysta i godna swojego miejsca w obsydianowym królestwie, które dla ciebie stworzę. Próbuję... Kate przerwała gestem ręki nadal przyglądając się beznamiętnie twarzy Marco, rzekła dosadnie:
- Dlatego właśnie daję ci szansę na to byś mógł mnie uleczyć. Otwieram się przed tobą. Nie obawiam się niczego. Zaprzepaszczając taką szansę, zaprzepaścisz całe przedsięwzięcie. A to zaledwie jedna mała prośba.
- Nie mogę tego zrobić.
- Możesz. Owszem możesz! Dlatego, że miłość to wolność. Ona nie zabrania niczego. Ona nie zniewala, ale leczy i uwalnia. Więc uwolnij się od tych przekonań, które masz. Pomóż sobie i otrząśnij się z krępujących cię łańcuchów.
- Nie...
- Marco, chodź tam razem ze mną!
- Nie, nie, nie, nie....! To jakiś absurd, to czego ode mnie wymagasz.
- Myślałam, że jesteś gotów... posmutniała Kate. Ale widocznie zbyt wysoko oceniłam twoje możliwości. Pozwól, że prześpię się chwile.
***
Kolejna nieprzespana noc. Śniło mu się, że pracował nad kamieniem filozoficznym. W końcu go ukończył a ten na jego oczach przeistoczył się w Kate. Była ubrana w czarną niczym węgiel, długą suknię, a na jej ramieniu siedział równie czarny kruk. Powtarzała ciągle jedno zdanie, jak mantrę: "Zawiodłeś mnie. Zawiodłeś... Zawiodłeś!!!" Zerwał się z łóżka. Była godzina 3 nad ranem. Nie dawało mu to spokoju. Ubrał się i zszedł do piwnicy.
Nie spała.
- Widzę, że jednak wróciłeś, czyżbyś zmienił zdanie?
- Nie do końca.
- Słucham więc.
- Jestem w stanie pokazać ci projekcję tego miejsca. Będziesz mogła je ponownie zobaczyć będąc tutaj.
- Myślisz, że to to samo? Chce czuć zapach trawy, ściółki, dotknąć mchu...
- To też mogę dla ciebie zrobić.
- Mhm... Więc jak to będzie wyglądało?
- Pokażę ci jedno z moich magicznych narzędzi, w tym przypadku będzie to lustro. Stworzę odpowiednią gęstość byś mogła również poczuć to miejsce w 5D. Zadowolona?
- To zależy.
- Od czego?
- Będę je oglądać zza krat? Naprawdę? Pozbawiasz mnie całej najważniejszej i najwspanialszej otoczki, którą chciałam celebrować. Chciałam móc się cieszyć całą wyprawą w to miejsce, móc sobie wyobrażać po drodze jakie to szczęście, że się spotkaliśmy i ile chcesz mi dać. I pozbawiasz mnie tego.
- Dobrze, już dobrze! Lustro znajduje się na górze, zaprowadzę cię tam. W lustrze zobaczysz dokładnie miejsce naszego pierwszego spotkania. Drogę do niego będziesz mogła zobaczyć wyglądając przez okno. Myślę, że to sprawiedliwe.
Wystarczyło jej tylko tyle by mogła wyjść z klatki, nie mogła jednak dać mu po sobie poznać tak szybko, że jest usatysfakcjonowana takim obrotem sprawy:
- Hah, przez okno. Zabawne. Nic nie jest sprawiedliwe od kiedy mnie tu zamknąłeś. Mówisz, że chcesz mnie uleczyć a gdy masz jedyną sposobność odrzucasz ją, bo tak. Nawet nie masz dobrego argumentu, dlaczego.
- Myślę, że w tym momencie sporo hiperbolizujesz. Lepiej byś nie nadużywała mojego uczucia i dobroci wobec ciebie, bo możesz nic nie zobaczyć. Marco poczuł się nieco zirytowany obecną sytuacją. Kate to zauważyła, jednak dalej ciągnęła grę. Westchnęła głęboko i z udawaną niechęcią odpowiedziała przeciągle:
- Skoro tak już musi być... Pomóż mi wyjść.
Posłusznie wyjął powolnym ruchem klucze z tylnej kieszeni spodni i otworzył zamek od kłódki. Drzwiczki otworzyły się ze zgrzytem.
Chwiejnie wstała na nogi, po raz pierwszy od kilkunastu dni. Wsparła się na nim i powoli krok w krok zmierzali do wyjścia. Tak, teraz jest dobry moment!
Wyczekiwała go cierpliwie.
Szukała rozpaczliwe wzrokiem czegokolwiek czym mogła by się obronić. Znalazła. Na jednym z biurek leżał pusty wazon. Wydawał się być idealny, jednak nagle zaczęli skręcać w stronę schodów i odbijać od biurka coraz dalej.
- Zaczekaj.
- Tak?
- Potrzebuję chwili przerwy, zmęczyłam się. Przystanęli więc po kilku krokach, usadowił Kate na zimnej posadzce. Kątem oka wychwyciła, że na blacie znajduje się kilka drogich piór.
- Co piszesz? - zapytała.
- Uzupełniam jedynie praktykę o teorię.
- Wszystko spisujesz piórem?
- Tak, odpoczęłaś już.
- Wiesz... kiedyś kolekcjonowałam wieczne pióra. Czy mogę je zobaczyć?
Marco zmarszczył brwi w wyrazie dezaprobaty.
- No proszę cię, Marco. Przecież zaufanie to podstawa udanego związku.
Szarpnął ją, jak gdyby zdenerwowany i urażony tego typu komentarzem. Puścił ją gdy dotarli do biurka. Wyprostowała się próbując realnie ocenić swoje siły. Zachowując lekki dystans od Marco, chwyciła pospiesznie w ręce flakon stojący na biurku i zamaszyście rozbiła go na jego głowie, powalając go tym samym na ziemię. Szybko wykorzystała sytuację i pobiegła w stronę drzwi, nie było to jednak łatwe po tygodniach głodówki z tak wyniszczonym organizmem.
"Alchemiku..."
Upadł na zimną posadzkę obficie krwawiąc. Ogromny ból przeszywał jego czaszkę.
"Alchemiku!"
Na chwilę stracił widzenie, przymroczyło go. Walczył z rozmazanym obrazem, próbując go wyostrzyć szybko mrugając i trzymając się za bolące miejsce. Krew przeciekała mu przez palce.
Nagle, usłyszał go.
Wreszcie słyszał!
Kamień po miesiącach milczenia, przemówił do niego:
"Alchemiku, gdyby nie jej ignorancja i ograniczenia, sama ofiarowała by ci swoje życie i wiedziała by doskonale, że dostąpiła zaszczytu i niepowtarzalnej okazji. Nie pozwól aby jej ignorancja i twój brak pojmowania prawdziwej alchemicznej perspektywy odsunął od was tę wielką szansę , którą samo życie wam podsuwa. Jeśli umiesz ją pokochać taką jaka jest i odsunąć swą niechęć do jej słabostek z pewnością chcesz dla niej najlepszego, a cóż lepszego możesz jej dać niż swoje ukończone dzieło? Nie ma nic ponad to. To najpiękniejszy i najwyższy dowód miłości. Porzuć więc wszystkie wątpliwości Marco i powróć na ścieżkę, którą niezłomnie kroczyłeś od lat. Jeśli ona cię kocha, to chce twojego najwyższego dobra a nie może być nic lepszego niż posiadanie kamienia mędrców, tym samym samą swoją miłością ofiarowała ci już swoje życie. Przyjmij od niej ten dar a obydwoje będziecie szczęśliwi na wieki."
No tak, przecież to było takie proste! Kocha się nie za coś a pomimo wszystko. Co prawda Kate nie ukończyła pomyślnie procesu przemiany, ale w tej chwili już nie może sobie pozwolić na to by stracić swoją ukochaną. Rozumie jej pobudki i jest gotowy z nimi żyć. Nikt nie jest przecież idealny.
Momentalnie wstał i pobiegł w jej stronę. Złapał ją wpół odciągając od drzwi. Zaczęła się szarpanina. Kate celowała pięściami w to samo miejsce, które wcześniej oznaczyła ciężkim wazonem. Marco jednak sprawnie tego unikał, złapał ją za obydwie ręce i niósł w stronę zbiornika, ciężko dysząc. Drapała go po twarzy, gryzła, kopała. Cała piwnica wypełniła się krzykami i odgłosami walki. W szamotaninie wpadł jej w ręce kawałek kamiennej ściany. Uderzyła nim Marco w potylicę. Oboje upadli.
Marco szybko doczołgał się do niej chwytając za rude loki:
- Kate, zrozum! Już zawsze będziemy razem. Wybaczam ci twoje niedoskonałości, nie mam o nic żalu!
- Spierdalaj oszołomie! Gdy wjedzie tu policja to wtedy dopiero zrobi ci się żal! Wyrwała się odpychając go. Widziała jak niefortunnie upadł. Choć słabła z chwili na chwilę, teraz musiała to wykorzystać. Wstała z kolan i znów pobiegła w stronę drzwi. Uda się!
Jednak...
Nie zdążyła.
Dosięgnął jej i chwycił za nogę. Straciła równowagę. Znów poczuła pod sobą zimną posadzkę przy okazji rozcinając sobie głowę. Świat zawirował.
Marco dopadł ją leżącą obok zbiornika w podłodze. Przeciągnął ją kilka metrów. Złapał silnie jedną ręką za włosy, drugą za ciuchy wrzucając szarpiącą się do basenu.
Trzymał jej rude włosy pod wodą dopóki nie przestała się ruszać.
Wstał z wysiłkiem od zbiornika, kulejąc podszedł w stronę pracowni by wydobyć cudowną esencję. Usiadł ciężko przy biurku, ręce trzęsły mu się z podekscytowania. Ale opanował to i następnie starannie i z sercem kilka długich godzin pracował nad tym by szczelnie zamknąć esencję swojej kochanej w obsydianowym naszyjniku.
Gdy dzieło zostało ukończone, Marco nadal drżącymi dłońmi gładził naszyjnik długi czas. Celebrując moment założył go na szyję. Zasnął z wycieńczenia i utraty krwi.
Myślał, że śni, ale nie...
Jakby z oddali dało się słyszeć cichy kobiecy głos:
"Marco, słyszysz? Słyszysz mnie?"
- Tak kochana, jestem tu.


*CIĄG DALSZY NASTĄPI*
*KONIEC*

Komentarze

  1. Rewelacja. Czytając opowieść ma się wrażenie, że jest pisane przez osobę bardzo świadomą tego, co dzieje się w umyśle ludzi i nie mam tu na myśli intuicyjnego wglądu (choć temu intuicyjnemu nic nie ujmuję) a bardziej konkretny, ścisły, wręcz naukowy. Jest to tym ciekawsze, że póki co nie wiemy, czy cała sytuacja nie odbywa się tylko w głowie naszego alchemika, oraz ile w nim szaleństwa, a ile realnej magii. Ciekaw jestem jak długo będzie zachowany ten balans niewiadomej. Oprócz treści widać też świetny warsztat pisarski, logiczny wywód. Czyta się jednym tchem! Pozostaje tylko pogratulować i spytać: kiedy kolejna część?

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Wstęp